O autorze
Katarzyna Kwiecińska, Prezes i założyciel Stowarzyszenia "Od pasa w dół" skupiającego świadome swojej kobiecości panie. Publicystka, uparty komentator rzeczywistości. Mama małej Majki

Randka z Marianem Glizdą, damsko-męska hisoria rodem z życia

disa.pl
Marian-to dopiero było zwierzę! Te wielbłądzie oczy, te sarnie nóżki i brzuszek niczym…. hipopotam. Był to dziwny mix różnych emocji, gestów , zachowań i manier. Niby cichy, ale wiedzący czego chce, stanowczy, chociaż troszkę nie wierzył w siebie. To ja miałam być właśnie ta , która otworzy mu drzwi do raju. Jego furteczka była wąziutka, zagonik niewielki, a po niedbałych grządkach pełzała jedna mała glizdunia. O tak, Marianek był gorącym lecz odgrzewanym kotletem po pięćdziesiątce, włos gęsty choć lekko przyprószony siwizną , sylwetka wyprostowana z piersią i brzuchem mocno odznaczonym . Najlepiej czuł się i wyglądał za kierownica swojego czarnego BMW. Taaak przybywało mu wtedy centymetrów tu i ówdzie, a i brzuch schowany poza linią szyby przez chwilę wydawał się prawie niezauważalny.

Marian to zwierze typowo imprezowe, łowca szukający swojej ofiary nocą , kiedy ciemność zaczyna wyrównywać szanse. Nie był to tancerz lecz biesiadnik. Chętnie zasiadał ze szklaneczka coli i napawał się widokiem kobiet, które niczym jaszczurki na słońcu przeciągały się i podrygiwały do wolnych kawałków na dyskotece. Marian był tego największym fanem i jako stały bywalec klubów dokładnie wiedział, gdzie powinien się znaleźć i o której godzinie.
Nie można powiedzieć, żebym to ja wyrwała Mariana, siedzący w koncie w loży , z której wystawała mu jedynie głowa kamuflował się niczym czarna pantera w gęstwinie drzew. Ale nagle jak nie wyrwał , jak mnie nie złowił … tak wypiliśmy razem wiele drinków z tą różnica ,że jego były bezalkoholowe.

Z każdą minutą był coraz fajniejszy , potrafił wspaniale łączyć ze sobą rzeczowniki : dom , samochód, własna firma, basen, jacuzzi , kolacja ze śniadaniem. O tak , wychodziło mu to pięknie i po upojnej nocy dnia następnego już widzieliśmy się na lunchu. Podjechał po mnie , elegancki, wypachniony , szarmancko otwierał drzwi samochodu a potem ruszył statecznie, jednak całe osiedle widziało i wiedziało ,że to nie byle kto. Wszystkie stare dewoty wystające zza okien i niedocenieni biznesmeni w kapciach w kratę widzieli odbicie swoich głupich min w pięknie połyskującym w słońcu lakierze.

Po zrobieniu wrażenia , kiedy dojechaliśmy do restauracji Marian podszedł do drzwi i podał mi rękę . Kiedy tak szliśmy razem obok siebie spostrzegłam ,że moje nowe szpilki to jednak nie był przemyślany zakup. Jeśli będę miała zamiar związać się z tym facetem trzeba będzie odrąbać parę obcasów-pomyślałam sobie, lekko ugięłam nogi i zgarbiłam się delikatnie.


Kolacja była niezwykle pouczająca, dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy, poznałam miesięczne dochody, w myślach obliczałam odsetk,i a punktem odniesienia były nowe szpilki od Marca Jacobsa. Jedna para, druga , trzecia, płaszczyk z domu mody Moschino, sukienunia z LaManii i kapelutek za 17 tysięcy. Wszystko momentalnie zrobiło się w moim zasięgu. Marian coraz bardziej był w moim typie.

Bardzo mnie szanował , pierwsza randka kolacja, druga, obiad , trzecia –kolacja , a gdzie śniadanie chciałoby się zapytać ale nie! Marian się nie śpieszył.
W końcu zaprosił mnie do hotelu, przy czym tak się trząsł ,że zaczęłam obawiać się o jego zdrowie.

Włożyłam coś extra, to znaczy jak zwykle, bo nie posiadam wielkim pantalonów i barchanowych majtek, ale chciałam pokazać się z jak najlepszej strony… Marian za to od razu zaszył się w łazience i i kiedy ja już byłam gotowa i czekałam na niego on wyszedł lekko skulony, w białych bawełnianych majtkach a ręce niepokojąco zmierzały w stronę jego przyrodzenia, które jakby starał się zasłonić. Widok był dość zjawiskowy , zupełnie odmienny niż zdarzało mi się oglądać. Adonis to to nie był, ale starałam się znaleźć atuty. Dopiero jak weszliśmy pod kołdrę okazało się co Marian skrywał pod tą bawełną 100%. Glizdeczka dość mizernie prezentowała się na tle lekko posiwiałego trawniczka. Właściwie sam czubeczek merdał do mnie zalotnie i zwiotczale. Po rozgarnięciu dżungli ,którą przez 30 lat misternie zapuszczał Marian. Włosy plątały się , zaczepiały i kręciły jak pierścionki w końcu udało się ! Zachwyt jednak nie trwał długo bo po około 3 minutach było po wszystkim….

Byłam wtedy pewna ,że to przypadek, że pewnie długo nic i się skumulował i usprawiedliwiałam go na każdą stronę .

Następnym razem, jak już zastosował się do mojej rady i przystrzygł trochę to , czego być „tam” nie powinno kochaliśmy się no ze 4 minuty. Pozycja „od tyłu „ zasłużyła na wyjątkowe wyróżnienie, gdyż w oczach Mariana uznana została za niesamowitą i wyjątkową – skwitował to krótko „skąd ty znasz taaakie rzeczy”. Poczułam się trochę dziwnie , może nawet jak wolontariusz, ale w końcu i ucieszona bo przy minimalnym wysiłku facet prawie umarł z rozkoszy.

Okazało się, że właściciel glizduni ma nadciśnienie , nie było mowy o viagrze, nie było mowy o orgazmie i nie było mowy o związku.
Dobra glizda to głęboko zakopana pod ziemią glizda a jak wylizie to ją butem, hej !

Opowiadanie pochodzi z leżącej nadal w szufladzie książki "1000 randek z mężczyznami" mojego autorstwa, lecz przy współpracy wielu kobiet. Proszę o nie kopiowanie tekstu.
Trwa ładowanie komentarzy...